Polityka wydawnicza City Interactive jest – delikatnie mówiąc – dziwna. Wszystkie te „gry” za 9,99 zł lub za 19,99 zł mogą kogoś cieszyć ale są denne i nie pozwalające na naprawdę przyjemnie spędzone przy nich chwile. Tym razem, mowa o Terrorist Takedown: Wojna w Kolumbii.
„Hukana ma tata”
Po takim tytule można spodziewać się wielu rzeczy, ja byłem ostrożny i nie nastawiałem się na miłą przygodę. Można rzec że wręcz przeciwnie, nałożyłem mój ulubiony strój masochisty i uruchomiłem to „cacko”. Pierwsze wrażenie? Menu sprzed epoki lodowcowej, ilość dostępnych opcji graficznych i innych ustawień dość uboga, ale cóż trzeba iść dalej. Po kliknięciu w przycisk nowa gra zostajemy przeniesieni bez żadnych ceregieli w środek dżungli, w której widoczność jest ograniczona do kilku metrów i to nie dlatego, że tak zaplanowali to twórcy, silnik na jakim stoi gra (stary wysłużony Chrome Engine 1) nie pozwala na generowanie zbyt odległych horyzontów przez co często zostaniemy zaskoczeni przez przeciwnika, który pojawił się z nikąd. Skoro już wspomniałem o dżungli to roślinność, jaką przyjdzie nam ujrzeć można określić dwoma epitetami, pierwszy z nich to brzydota a drugi – jeszcze większe brzydota. Tekstury jakich użyto aby pokryć modele krzaków i drzew nie są zróżnicowanie, przez co miałem dziwne przeczucie że wszystko wokół wykonane zostało z taniego, chińskiego i do tego przemyconego plastyku. Nigdy nie byłem w Kolumbii ani nie przyglądałem się zdjęciom tamtejszej roślinności ale na mój nos, twórcy nie wzorowali się na tamtejszej florze.
„Idź pan w… las”
Nasz bohater, jest żołnierzem-zakapiorem, który nie boi się niczego i sam przemierzając całą gęstwinę leśną rozwala wszystkich i wszystko. Czasem zdarzy się spotkać naszych towarzyszy ale są oni nie mobilni i tylko osłaniają podczas wykonywania brudnej roboty. Tą brudną robotą, jaką przyjdzie nam wykonać jest ratowanie więźniów, niszczenie wrogich pojazdów oraz zwykła eksterminacja kolejnych oddziałów. Nie ma w tej grze miejsca na jakąkolwiek fabułę, gdyby była to i tak by wiele jej nie pomogła.
Wrogów zabijamy na wiele różnych sposobów a do dyspozycji oddano nam całkiem niezły arsenał. W jego skład wchodzi nóż, Desert Eagle, karabin M16, karabin snajperski, Shotgun oraz granaty, które bardzo się przydają. Amunicja do wcześniej wspomnianych zabawek leży wszędzie (tak jak apteczki z resztą), co może trochę dziwić bo skąd podczas ucieczki ciężarówką przez dżunglę na środku drogi leży zestaw pierwszej pomocy i skrzynie amunicji.
Gameplay wskazuje na ogromną budżetowość produkcji. Mam nawet przeczucie że wszystko było wymyślone, stworzone, nagrane i wysłane do dystrybucji w ciągu jednej nocy. Owszem, gra ma kilka zalet i przez chwilkę grało się przyjemnie ale nie można od niej niczego, powtarzam NICZEGO wymagać bo przestaniemy wierzyć w ludzi, Boga i komputery. Takiej gry jak TT: Wojna w Kolumbii to trzeba ze świecą szukać, tylko szkoda że dymną.
„Pod maską”
Choć już wspominałem o grafice i technologii wykorzystanej do stworzenia TT:WwK to muszę jeszcze dodać jak bardzo słabo to wszystko wygląda razem. Detale (a raczej ich brak), modele postaci, domów, broni, pojazdów, sztuczna inteligencja – no po prostu wszystko – zostało totalnie spieprzone. Nic nie trzyma się kupy a jedynie kupą ocieka. Nie jestem w stanie pojąć jak taki produkt mógł, w ogóle trafić do sklepów i to w dużych ilościach (w sklepie, w którym to coś kupiłem leżało obok siedem kolejnych egzemplarzy). Jest wielu ludzi, którzy lubią produkcje City Interactive i uważają ich gry za solidnie zrobione (pewnie nigdy nie grali w TT:WwK). Jednak zaskoczyła mnie jedna, ciekawa i bardzo emocjonująca rzecz – ale tylko przez jedną milionowa sekundy – w grze jest ragdoll! Dziwisz się? Ja też.
Nic więcej z tej produkcji nie da się wycisnąć, można jedynie odinstalować bo dwie i pół godziny gry to za mało aby jakkolwiek miło wspomnieć całą grę a co dopiero poszczególne misje i mówić kolegom jakim to „pr0elo” się nie jest.
Plusy:
+ tania
Minusy:
- prawie cała gra
- menu
- opcje
- tryby gry
- tekstury
Ocena: 1,5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz